Pogoda

Sonda
Gazetki reklamowe
Najczęściej czytane
Najczęsciej komentowane
Taksówkarz jest jak spowiednik
Mirosław Lubelski, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Gryf-Taxi rozwozi klientów już 15 lat
W grudniu ubiegłego roku obchodzili Państwo swoją okrągłą rocznicę. Stowarzyszenie Taksówkarzy Gryf liczy już 15 lat. Jakie były jego początki? Skąd się wziął pomysł na taki biznes?
- Przez długi czas w Wejherowie funkcjonowała tylko jedna korporacja, która była monopolistą i nie miała na tym rynku żadnej konkurencji. Uznałem, że jedyna firma taksówkarska w takim mieście to zdecydowanie za mało i że dla dobra mieszkańców przydałaby się druga. Tak właśnie powstał pomysł utworzenia stowarzyszenia. Zaczynałem sam i przez pierwsze 3 miesiące jeździłem obklejony pod nazwą Gryf Taxi. Nazwa była wybrana celowo i miała przede wszystkim przyciągnąć do mnie kibiców. To się faktycznie udało, bo zainteresowanie ze strony fanów Gryfa Wejherowo było spore. Kibice na mecze swojej drużyny chcieli dojeżdżać właśnie Gryfem. Dzwonili do mnie na mój domowy numer, a ja po nich wyjeżdżałem. Po 3 pierwszych miesiącach zacząłem rozwijać firmę i postanowiłem namówić innych taksówkarzy, tych wolno stojących przy dworcu, do współpracy i założenia korporacji. Z czasem dochodzili do mnie kolejni kierowcy i firma się rozwijała. Obecnie w stowarzyszeniu jest 13 samochodów.
Ciężko było na początku? Jakie były największe problemy?
- Od samego początku zaczęła nam przeszkadzać konkurencja. Nie podobało się im, że my mamy taki piękny, prosty i łatwy do zapamiętania numer telefonu: 727 727 (teraz dodatkowo z "6" z przodu). Ich numer jest bardziej skomplikowany strasznie ich to bolało i boli do dziś. A wiadomo, że prosty numer to klucz do sukcesu w firmie taksówkarskiej. Dzięki temu nawet nie trzeba mieć zawsze przy sobie wizytówki, bo taki ciąg liczb łatwo zapada w pamięć.
Opinię wśród klientów mają Państwo bardzo dobrą...
- Klienci wiedzą, że mogą na nas zawsze liczyć i że jesteśmy naprawdę uczciwą korporacją. Z resztą sami mogą to potwierdzić. Np. jak gubią w samochodzie telefony komórkowe, portfele czy inne osobiste rzeczy, to zawsze je odzyskują. Taki przedmiot, jeżeli w porę zostanie zauważony przez taksówkarza, od razu trafia do centrali i klient nie ma problemu z odzyskaniem zguby. Niestety zdarzają się też i takie sytuacje kiedy coś przepadnie definitywnie. Zanim kierowca zauważy np. zgubiony telefon, to zdąży go już zabrać kolejna osoba, która zamawia taxi. Na szczęście do takich sytuacji dochodzi bardzo rzadko i z reguły wszystkie rzeczy bez problemów się znajdują.
Czy zdarzały się w ciągu tych 15 lat istnienia stowarzyszenia jakieś nietypowe, dziwne czy śmieszne sytuacje?
- Nasi taksówkarze raczej nie mówią o swoich pasażerach. Staramy się zachować pełną anonimowość klienta i nie opowiadać o tym gdzie, czy po co jechał, bo i kogo to interesuje... Wiadomo, że klienci nam się w taksówkach "spowiadają" ze wszystkich swoich problemów. Taksówkarz to taki spowiednik, jak ksiądz i barman. Gdy wsiada do taxi ktoś, kto ma problemy, to zawsze musi coś tam z siebie "wyrzucić". Ale jeżeli chodzi o te śmieszniejsze zdarzenia, to np. mamy taką klientkę, która zawsze jeździ w jedno stałe miejsce. Odbieram ją z punktu A i wiozę do punktu B. Pewnego dnia tradycyjnie po nią zajeżdżam na umówione miejsce, pani wsiada, zamyka drzwi i już nawet nie mówi dokąd mam ją zabrać. Ja tradycyjnie wiozę ją z tego punktu A do punktu B i dopiero na miejscu ona się zorientowała, że dzisiaj miała dotrzeć zupełnie gdzie indziej. I mówi: "Boże, Panie Mirku gdzie mnie Pan przywiózł, przecież ja tu wcale nie chciałam dziś jechać". A ja ją przecież przywiozłem tylko tam, gdzie zawsze. (śmiech) To są takie zabawne historie, które w tej pracy zdarzają się dość często.
Czy pamięta Pan jakieś wyjątkowo długie i dalekie kursy?
- Raz trzeba było zawieźć klientów aż do Berlina, innym razem 40 kilometrów za Wrocław. Były też kursy do Radomia, Szczecina, Świnoujścia. W naszej korporacji dalekie podróże nie są czymś rzadkim. Klienci chętnie z nami jeżdżą, bo naprawdę staramy się być konkurencyjni.
A kim są ci klienci, którzy zamawiają tak dalekie kursy? Czy to biznesmeni, a może ktoś komu uciekł pociąg...?
- Klienci, których wiozłem do Berlina to Polacy mieszkający w Niemczech. Zostali okradzeni. Stracili samochód ze wszystkim co posiadali, więc tamtej wizyty w naszym kraju na pewno mile wspominać nie będą. Oczywiście zdarzali się też klienci, którzy spóźnili się na samolot czy pociąg.
Czym, poza przewożeniem klientów, stowarzyszenie zajmuje się dodatkowo? Czy można u Państwa np. doładować zimą akumulator, by odpalić samochód?
- Oczywiście. Oprócz tego robimy zakupy na telefon, zakupy na gorąco, dowozimy i odbieramy dzieci do szkół itp. To wszystko jest na naszej stronie internetowej. Jeżeli ktoś tylko chce, to nie ma problemu, aby małe dziecko dowieźć naszą taksówką pod samą szkołę i odebrać po zakończonych lekcjach. W razie potrzeby odprowadzamy nawet malucha pod same drzwi mieszkania. Wystarczy, że zadzwoni do nas np. mama i powie, że przy bramie będzie czekał chłopczyk w zielonej kurteczce. My jedziemy na miejsce, zabieramy go i wieziemy go tam, gdzie mama chciała.
Czyli zakres obowiązków typowego taksówkarza zwiększa się z roku na rok?
- Tak, bo jest coraz większe zapotrzebowanie na różne nietypowe sytuacje. Coraz częściej odbieramy np. auto klienta, który bawi się na imprezie i odstawiamy je pod jego pod dom. W takiej sytuacji do zgłoszenia jedzie dwójka taksówkarzy. Jeden wraca taksówką, a drugi odprowadza jego samochód. Jeżeli ktoś ma takie życzenie, to wystarczy poprosić o "podwójny zestaw", czyli dwóch taksówkarzy.
Czy mimo wszystko nie ma Pan wrażenia, że ludzie rzadziej korzystają z tych typowych usług taksówkarskich? W końcu prawie każdy ma już prywatne auto.
- W tej chwili faktycznie widać mniejsze zainteresowanie, ale nie wiem, czy prywatne samochody to główny powód takiego stanu rzeczy. Wydaje mi się raczej, że ludzie są po prostu biedniejsi. Często widzimy np. naszych dawnych stałych klientów, którzy teraz stoją na przystanku i czekają na autobus.
Jak wygląda współpraca Państwa korporacji z policją? Wiem, że często taksówkarze pomagają policjantom, np. w poszukiwaniu osób zaginionych...
- Oczywiście taka współpraca jest. Policja bardzo często rozdaje nam zdjęcia zaginionych i prosi o pomoc lub np. dzwoni do centrali i informuje kto zaginął, podaje rysopis i prosi żeby zwrócić na to uwagę.
Co może Pan powiedzieć o jeździe po Wejherowie? Jak ocenia Pan ruch na ulicach?
- Jeździ się bardzo ciężko. Są duże korki. Najbardziej zakorkowane jest centrum i bardzo trudno poruszać się po ulicach w godzinach szczytu, czyli 7-9. rano i ok. 14 do 17. To są godziny powrotów z pracy i ruch jest naprawdę ogromny. Tym samym taksówka dość długo jedzie do klienta, a temu się śpieszy i wiadomo - jest nerwowy. Niestety takie sytuacje się zdarzają, a nas taksówkarzy też trzeba zrozumieć, bo przecież górą nie przelecimy.
Czy liczą Państwo może na jakieś rozwiązania zaproponowane przez Miasto? Ma Pan może jakieś pomysły co zrobić, aby po Wejherowie jeździło się lepiej?
- Na pewno przydałoby się poprawić wyjazd z ul. Rybackiej na skrzyżowanie ul. Dywizji Wojska Polskiego z ul. Gdańską. Tam jest bardzo szeroko, więc można by zrobić pas zjazdowy na prawo. Poza tym miasto przecież obiecywało zrobić rondo na skrzyżowaniu ul. Sienkiewicza z ul. 10 Lutego, bo tam się wszystko blokuje przez przejazd kolejowy. Według mnie należałoby ten przejazd zamknąć i zrobić go w innym miejscu - np. pod Jednostką Wojskową dla tych cięższych samochodów. No i wiadomo, że w mieście przydałby się jakiś większy tunel lub wiadukt, chociażby dla służb ratowniczych typu pogotowie ratunkowe, policja, straż pożarna. To jest bardzo przykry widok, gdy karetka musi stać przed przejazdem kolejowym, bo za chwilę będzie jechał pociąg. A liczy się przecież każda sekunda. W związku z tym, że uwolniono rynek taksówkowy, zaczyna też brakować miejsc postojowych dla taksówek przyjeżdżających do pracy, a związane jest to ze znacznie mniejszą ilością kursów a większą ilością taksówek oczekujących na kurs.
Muszę jeszcze zapytać o ceny paliwa. Myśli Pan, że zmieni się coś na lepsze i ceny w końcu spadną?
- Chyba nie. Raczej nie ma co na to liczyć. Dobrze by było, żeby po prostu wzrastały zarobki ludzi. Tylko tego sobie życzmy, bo w obniżkę cen paliw nie ma co wierzyć.
Jakie są plany na najbliższą przyszłość? Planują może Panowie zwiększyć ilość taksówek w Waszej korporacji?
- Jest to uzależnione wyłącznie od zapotrzebowania mieszkańców na taksówki. Jeżeli ludzie będą częściej korzystać z naszych usług, to automatycznie do korporacji przyjmiemy nowych członków i dołączymy 2-3 samochody. Nie możemy przecież doprowadzić do sytuacji, gdy zrobimy się niewydolni. My musimy zawsze na czas dotrzeć do klienta, bo on chce na lotnisko, na pociąg, a nikt przecież nie będzie na nas czekał pół dnia.
PowrótWydaje się, że jest to po prostu próba podszycia i robienie sensacji...
Niszczycie siebie nawzajem, a gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Pamiętajcie!
Ja na pewno nie skorzystam z usług żadnej z tych firm.
Tak trzymać panie prezesie!
Ten wywiad, to ciekawsze spojrzenie na pracę, zdawałby się, szarego taksówkarza. Bardzo fajny artykuł










